czwartek, 2 października 2014

Oświadczyny: level master


Scena balkonowa. Oczywiście widziana z mojej perspektywy, bo to ja siedziałam na balkonie i przysłuchiwałam się rozmowie. Nie, nie podsłuchiwałam. Ja wcześniej wstawiłam wodę na herbatę, rozłożyłam na balkonie leżak i postanowiłam, że z książką w ręce relaksacyjnie skorzystam z, być może ostatniego, pogodnego dnia. Bo jutro pobudka o piątej zero zero – jak zaczynać piąty rok studiów to z fajerwerkami, a co. Mniejsza z tym. Ja byłam pierwsza, oni przyszli później. I już nawet nie chodzi o to, że książka nie była ciekawa. Bo była i to bardzo. I będzie jeszcze przez najbliższe trzysta stron. Steinbeck jest genialny! Nie wiesz, kiedy osiemset z górką stron topnieje ci w rękach.
Już od dawna wiem, że chodnik przed moim domem to idealne miejsce spotkań towarzyskich kotów, psów, sąsiadek, czasami koneserów trunków niebanalnych. W zasadzie każde miejsce jest dobre, żeby poplotkować czy wypić szampana za piątkę. A nawet się oświadczyć.
Ona szła zdecydowanym krokiem. Z uporem. Ani się nie obejrzała. On podążał za nią. Trzymał delikatny dystans – na wypadek, gdyby przyszło jej do głowy odkręcić się, zamachnąć workiem i trzasnąć go prosto w twarz. Wyobrażam sobie, że tak istotnie było kilkanaście metrów przed właściwą sceną. Tą balkonową, która w zasadzie nic nie miała z Shakespeare’a. Ale z balkonu oglądana, więc balkonową była.
Zatrzymała się. Mechaniczny obrót o sto osiemdziesiąt stopni. Brak wiatru nadrabiał wirujący w powietrzu worek ze szkolnymi tenisówkami. Głos miała przesłodki, na pewno był jej atutem. Nawet najgorsze słówka wypowiadane przez nią, brzmiałyby niczym szczebiot kanarka. Zapytała, czemu za nią idzie. No, czemu?! Gadaj. Miała dosyć, że w szkole ciąga ją za warkocze i naigrywa się z kolegami za jej plecami. Nie odpowiadał. Była wściekła. Zaczęła tupać nogą i nalegać, żeby coś powiedział, a nie tylko głupkowato wpatrywał się w buty z niezawiązanymi sznurówkami. Niczym prawdziwa kobieta z zespołem napięcia przedmiesiączkowego smagała go słowami, a on był niewzruszony. Powiedziałabym, że był prawdziwym twardzielem i gdy dorośnie, jego żona będzie się mogła na nim wyżywać jak na worku treningowym, a on będzie nieugięty! Znowu mechaniczny obrót o sto osiemdziesiąt stopni. Nie zrobiła czterech kroków i nasz niewzruszony poruszył się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Poruszył to mało, on się odezwał! Powiedział do niej po imieniu, łagodnie, nawet czule. Powiedział, że ciąga ją za warkocze, bo są długie i miękkie. I wczoraj miała takie ładne różowe kokardki. A z chłopakami się wcale nie podśmiewa. No, może trochę. Ale to dlatego, że głupio się z dziewczynami kumplować. A on wcale nie chce się z nią kumplować! I kolejny mechaniczny obrót o tę samą liczbę stopni. Patrzyła na niego. Był nieco wyższy od niej. Skoro nie chcesz się kumplować, to czemu za mną leziesz?!
I tu zwrot akcji. Zgrzyt. Powinien być gwieździsty wieczór, płynące z oddali smyczkowe dźwięki i najlepiej wieża Eiffla w tle. Tak sobie kiedyś wyobrażałam oświadczyny. Ale byłam wtedy bardzo mała i głupiutka. Teraz sobie nawet tego nie wyobrażam. Ale na pewno nie chciałabym zemdleć z wrażenia w pompatycznym Paryżu. Ona zapewne też sobie wyobrażała to tak, jak ja kiedyś. Naiwne myślenie. Nie wiem, czy zrozumieliście. On naprawdę klęknął na tym chodniku przed moim domem, zza pleców wyjął ułamaną gałązkę jarzębiny i zapytał, czy się z nim ożeni!
Pewnie mieli osiem, może dziewięć lat. Powiedziała, że nigdy w życiu. Bo jest blondynem, a ona woli brunetów. A! I tamten ma fajniejszy rower. Więc nie idź już za mną, nie ożenię się z tobą! Mechaniczny obrót i poszła. I on poszedł. Ale już nie za nią.
Ja bym się zgodziła. Dla tej jarzębiny… I jakby nie było – lubię, gdy mężczyzna bawi się kosmykami włosów. Moich włosów.
I na chodnik przymrużyłabym oko.

poniedziałek, 22 września 2014

Rozmowy niekontrolowane

Dzisiaj byłam uczestnikiem najdurniejszej rozmowy telefonicznej. Najdurniejszej od czasu, gdy w ogóle zaczęłam mówić do słuchawki halo. Ewentualnie tak, słucham. Czyli od dawna. Od równie długiego czasu powtarzam mojej Rodzicielce, że czas najwyższy zlikwidować telefon stacjonarny, bo jest niemiłosiernie irytujący. Szczególnie dlatego, że dzwonią na niego wyłącznie ludzie parający się nękaniem innych ludzi wyrafinowaną ofertą promocji, spotkań i niepowtarzalnych okazji. Żadna praca nie hańbi, ale ta z pewnością nie uszlachetnia – choć pracować trzeba. Więc gdy dzwoni ten nieszczęsny stacjonarny, to najzwyczajniej w świecie go nie słyszę. Wciskam mute i po sprawie.  Ale dziś mnie podkusiło. Tak cholernie mnie podkusiło, że przysięgam, iż był to ostatni raz, kiedy pofatygowałam się po kilkunastu schodach z góry na dół do telefonu.
 
Oferujemy… Zapraszamy… Będzie Okrasa… Garnki do gotowania na parze… Zdrowe jedzenie… Fit… Slim… Mainstream… W d… nam się poprzewracało i nie wiemy już, na czym zarabiać… Żelazko dla każdego… Przyzna Pani, że interesująca oferta?
 
Nie.
 
Na jaki adres mogę wysłać zaproszenie? Jak ma Pani na imię? Marta, och, wspaniałe imię. Kogo Pani zabierze ze sobą na to wydarzenie? Żelazko dla każdego. Piękne imię…!
 
Nie mam pojęcia, czy typ był wczorajszy czy dzisiejszy, może przygłuchy. Na pewno miał problem z analizą semantyczną wyrazu nie, czyli zbitki trzech liter z najwyższej półki polskiej leksyki. Dodatkowo trajkotał głosem porannego słowika, co już doprowadzało mnie do szału. Mówię, że nie chcę zaproszenia, że nie przyjdę, że nie zamierzam nikogo zabrać, że i tak jem zdrowo, że…
 
A to skoro Pani jest kucharką (nie mam pojęcia, skąd takie przypuszczenie) albo specjalistką od gotowania (zdecydowanie tak, profesjonalnie przyprawiam świąteczne sałatki), to tym bardziej trzeba wziąć udział w tym niepowtarzalnym wydarzeniu…
 
… które odbywa się bez mała dwa razy w miesiącu. A specjalistką od gotowania to jestem taką, że ostatnio niemalże zjarałam garnek. Nie, dziękuję. Jeżeli procedura przewiduje wysłanie zaproszenia, to bardzo proszę.
 
A kogo, a kogo Pani zabierze ze sobą, Pani Marto? Pani ma takie cudowne imię, już to Pani mówiłem? Jeszcze trzy osoby może Pani ze sobą zabrać… Żelazko dla każdego!!
 
Przepraszam, a jak cudowna jest Pańska godność?
 
Moja godność? Moja godność będzie do zaprezentowania na spotkaniu…
 
A zatem Panie MojaGodnośćBędzieDoZaprezentowaniaNaSpotkaniu, bardzo dziękuję za rozmontowanie mi dnia. Przy okazji mam dla Pana kilka cennych uwag – tak na przyszłość, choć niech ze mną tej przyszłości Pan nie wiąże, bo już więcej nie odbiorę żadnego telefonu z rodzaju stacjonarnych. Warto byłoby podać miejsce, datę i godzinę spotkania, a nie podszywać się pod marnej jakości trefnisia i bajerować tym swoim kastrackim głosikiem. Bajerować w cudzysłowie oczywiście. Bo gdybym nawet chciała się wybrać (ale nie chcę!) na to, jak Pan to  zgrabnie ujął, niepowtarzalne wydarzenie, to nie wiedziałabym, dokąd mam iść. I nawet nie miałabym się na kogo powołać. Chyba że na Pana o oryginalnym nazwisku MojaGodnośćBędzieDoZaprezentowaniaNaSpotkaniu. Bez odbioru.
 
Ależ Pani drapieżna… To na jaki adres wysłać to zaproszonko?

czwartek, 11 września 2014

NADAJĘ STOP KOMUNIKAT STOP

Niby pogawędka o pogodzie do niczego nie prowadzi. Jest zapychaczem, fatyczną funkcją języka, wymaganą formalnością, bo przecież głupio nie powiedzieć nic. Mnie jednak do czegoś doprowadziła. I pogoda, i sama myśl o pogodowej pogawędce. Dzisiejsza aura mówi wprost – czas pogodzić się z kocem i ciepłymi skarpetkami. I wszystko jasne, proste. Przyjęłam. Bez odbioru. Wciągam na zmarznięte stopy skarpetki i owijam się kocem. Banał. Lubię takie komunikaty. Więc po co gadać o pogodzie? Gadać – bo to nie rozmowa, to pusta, nic niewznosząca do naszego systemu wartości paplanina. Bełkot, potok bezmyślnie wyartykułowanych słów. Nienawidzę gadać. Nienawidzę, ale boję się powiedzieć wprost. Dlatego gadam. I owijam w bawełnę. Tworzę siatkę skojarzeń, domysłów, niedopowiedzeń, bo niezręcznie mówić zupełnie na serio. Jakiś paraliżujący strach, który nakazuje wszystko metaforyzować, poetyzować, urabiać tak, żeby nie było wiadomo, o co tak naprawdę chodzi. Zamiast rozmawiać, puszczam oko do niejasnej aluzji, która w tym momencie wydała mi się stosowna w użyciu i rozmywam prawdziwy sens. I później się zastanawiam, czy zostałam dobrze zrozumiana, czy mój rozmówca był na tyle światły, żeby się domyślić, że gdy z uśmiechem mówiłam „A”, miałam na myśli nieco tęskne „B”.
Nie potrafimy rozmawiać. Nie chcemy wyłączyć dumnej części intelektu, która, choć w życiu niezbędna, często wszystko komplikuje. Stąd tyle niefortunnych komunikatów, paradoksalnych sytuacji. I tylu niezrozumianych ludzi na świecie. Bo nikomu przecież nie przyszło do głowy, żeby powiedzieć wprost. A byłoby zdecydowanie łatwiej. I pewniej. Prosty komunikat daje pewność i rozwiewa wątpliwości. No, chyba że ktoś kręci – wtedy pewności nie ma nigdy.
A ja znowu o pogodzie.

wtorek, 2 września 2014

Przedszkole pod topolą

Tak naprawdę niewiele się zmieniło. Nieco odnowiony budynek. Zniknęły namalowane na ścianie balkonu rozbawione niedźwiadki, których widok witał dzieci rano wchodzące przez furtkę. Nadal stoi wysokie drzewo, dzięki któremu mogła powstać piosenka o przedszkolu pod topolą. O moim przedszkolu. I te nowe drzwi na elektroniczną wejściówkę. Za to personel ponoć z grubsza ten sam. Od jakichś… dwudziestu lat. Zapewne pani Agnieszka wciąż gra na swoim fortepianie. W tym wszystkim tylko ja się trochę zmieniłam. Urosłam. Ale znowu nie tak bardzo.  
 
Proszę, proszę… kto nas odwiedził! Zatęskniło się za przedszkolem? Dobra, teraz skup się. Pani Ela już tu nie pracuje, pani Renata, nie, to nie ona… Chryste Panie, kto to jest i dlaczego mnie zaczepia? Marta, jaka z ciebie dziewczyna wyrosła! I zna moje imię. Aaa, tak, tak, oczywiście, że panią pamiętam, doskonale pamiętam. Wdaję się w rozmowę. Raczej monolog, straszliwie trajkoczący. Przytakuję. Co tu się zmieniło, że dzieci rozpuszczone (kiedyś przecież takie nie były!), że w „muchomorkach” to więcej dziewczynek, a w „krasnalach”…, że…, że…, że…
 
Mama woziła mnie do przedszkola rowerem. Siodełko, na siodełku kocyk (koniecznie ten żółty w błękitne słoniki) i na tym wszystkim ja. Po drodze za każdym razem mijałyśmy dom, w którym w jednym z okien wisiały firanki z bohaterami mistrzowskiego Króla Lwa. Niewątpliwie było to okno pokoju dziecięcego. Szczerze nienawidziłam tego dzieciaka. Marzyłam o tych firankach! Mama była nieubłagana. Do dziś jej wypominam.
 
Leżakowanie… Wtedy ani się myślało o spaniu! Chętnie pobaraszkowałoby się wśród zabawek, a nie tam spać. Tymczasem teraz nie raz się westchnie do zupełnie niezobowiązującej poobiedniej drzemki. Niezobowiązującej, bo wtedy była obowiązkowa. Do tego stopnia wzięliśmy to sobie do serca, że pewnego razu chłopiec z mojej grupy bał się wstać i powiedzieć pani przedszkolance, że musi do toalety. Była kupa. Śmiechu.
 
I przedszkolne podwieczorki!  Po nich zabierałam z półki książeczkę, siadałam na małym drewnianym krzesełku i czytałam. Jasne, że nie litera po literze. Miałam niewiele ponad trzy lata. Opowiadałam, co widzę na obrazkach. Wokoło gromadziły się dzieciaki i słuchały. Wtedy panie przedszkolanki piły kawkę. Wyręczałam je, drobnostka.
 
I były też pierwsze buziaki. W zasadzie buziak. Trochę wymuszony, trochę nie tak jakby się chciało. I nie z księciem! No ale… Byliśmy trochę niepokorni, nieokiełznani, lubiliśmy się czasami poprztykać. Dokuczaliśmy sobie, jak to przedszkolaki. Wiecie, język lata jak łopata, na łopacie wiszą gacie… A najgorzej to już było, gdy ktoś przychodził do przedszkola z gigantyczną i urojoną raną po szczepionce. Ej, nie w szczepionkę! Standard. Ja oczywiście najpierw zakomunikowałam, że dziś rano miałam szczepionkę, więc jestem nietykalna. Później poszło gadko - podroczyłam się z kolegą i dostałam. W szczepionkę, rzecz jasna. Nigdy nie byłam donosicielką, ale wtedy piącha w świeżą szczepionkę to było przegięcie. A jakby mi spuchło?! A jakby zaropiało?! Jesteś u pani! I stąd ten buziak. Publiczny. W ramach przeprosin. W prawą dłoń i obietnica, że więcej nie będziemy się lać. Jasne. Taki wstyd! Ale nauka nie poszła w las – z chłopakami to się trzeba trochę poprzekomarzać, żeby coś z tego wyszło!
 
Był też dramat. Naukowy. To już chyba końcówka przedszkolnej edukacji. Pierwsze litery i jakże problematyczne wyrazy! Trataktor i mista. Mama do dziś się śmieje, że wybrałam odpowiedni kierunek studiów… Niech się śmieje, ale gdy panie przedszkolanki naigrywały się, że mieszkam na ulicy Kurczaka, dobrze wiedziałam, że nie na żadnego Kurczaka, a Korczaka, o!
 
Dramatyczne były też powroty do domu. Bo lubiłam siedzieć w przedszkolu. Rodzeństwo było ode mnie zdecydowanie starsze i raczej mieli ciekawsze zajęcia niż zabawa z najmłodszą. Wtedy w ramach protestu stawałam przy balkonowym oknie, przywierałam twarzą i dłońmi do szyby i krzyczałam do dzieci, które przechodziły ulicą, żeby do mnie przyszły. Mama się wściekała, bo ta szyba wiecznie była czymś wysmarowana...
 
…, że…, że… Marta, rozmawiałam przed wakacjami  z Twoją Mamą, mówiła, że nie masz chłopaka, ja mam syna, może… że… że… że… Nastąpiło zgrzytnięcie. Reminiscencje szlag trafił. Zawirowało, perspektywa się zwęziła i znowu stałam przed trajkoczącą kobietą. A niech ją i jej syna!
 
Mamo, tych firanek to Ci nie daruję. Ale przedszkole wybrałaś mi najlepsze pod słońcem. Pod topolą!

wtorek, 26 sierpnia 2014

Kiepska bajka bez morału

Nie wiem, co mogę wam o niej powiedzieć. Lubiła stałość, choć zachwycała ją pozorna zmienność gór. Wtedy gdy siedziała mu na kolanach, też imponowała jej pewność jego uścisku. Pewność niejakiej stabilności. W każdym razie nie robiła sobie z tej pewności nic, bo wiedziała, że brak w tym sensu i logiki – a lubiła twardo stąpać po ziemi. I lubiła prozę zdecydowanie bardziej niż poezję. Nawet kiedyś usłyszała od kogoś, że to widać. Bo chodzi prosto, nie zbacza ze szlaku, maszeruje i trzyma tempo. Może i brakło jej nieco życiowej poezji. Jednak wtedy było romantycznie. Przynajmniej dla niego.
W rzece odbijały się tysiące, pewnie miliony, migoczących gwiazd. Co chwilę niewzruszoną taflę granatowej wody rozcinała wracająca z wieczornej wycieczki kaczka. Przyznacie, że urokliwie? Nie miała wtedy makijażu. Zauważył to. I zdaje się, że się ucieszył. Moja dziewczynka. Gładził opuszkami palców jej nagą łydkę. Gdy zacisnął palce na kolanie, objęła dłonią jego kark i dała się pocałować w szyję. Dobrze to robił. Zbyt dobrze.
Kiedy powiedział, że nie mogą się dłużej spotykać, nie było jej żal, oczy nie zwilgotniały. Wiedziała od początku. Cieszyła się nawet, bo czuła się przez niego w jakiś sposób ujarzmiona, osaczona. Wtargnął w jej życie zupełnie przypadkiem i myślał, że przekupi ją tym i owym, cokolwiek miał do zaoferowania. Nie podobało jej się to. A może podobało, ale nie pasowało jej, że to właśnie z nim miałaby dzielić bezcenną prywatność. Powiedział, że może go uderzyć i nadstawił twarz. Tylko parsknęła wzgardliwym śmiechem, a on i tak wyglądał jak spoliczkowany, obrażony chłopiec.
Od tamtej pory częściej maluje oczy czarną kredką. To nie kir, to nie żałoba. To znak, że nie całuje się na żarty. Że nie jest dziewczynką, którą każdy może posadzić sobie na kolanach.
To dla pewności.   

poniedziałek, 28 lipca 2014

Wiek: 23


Kolejna osiemnastka za mną. Bo po prawdziwej osiemnastce liczę, że kolejne urodziny to po prostu kolejne osiemnastki. Desperaci i fani wstrzykiwania sobie botoksu poprzestają na osiemnastce i uważają, że następnych urodzin nie będzie, że czas zatrzymał się dla nich w miejscu, więc jakby nie patrzeć w dowodzie wiecznie osiemnaście. Ja jednak wolę, żeby wszystko było płynne i zgodne z naturą. Więc kolejna osiemnastka za mną. Osiemnastka z groszami, która po zaokrągleniu daje jakieś dwadzieścia trzy, czyli, jak w ramach życzeń przypomniała mi koleżanka, liczbę pierwszą. I wszystko się doskonale kalkuluje, bo skoro to liczba pierwsza, to można zacząć wszystko od początku. Poniekąd. Od początku coś nowego. Lub po prostu w wydaniu poprawionym. Jak kto woli. Można eksperymentować i próbować na wszelkie możliwe sposoby. W końcu od tego jest życie. Żeby żyć. Raczej spontanicznie, bo z planowaniem różnie bywa. A spontaniczna akcja zawsze zaskakuje – czy tego chcemy, czy nie. Lepiej żyć w ciągłym zaskoczeniu, niż w zaplanowaniu… które może spalić na panewce.
Dość farmazonów. Wczoraj spontanicznie postanowiłam iść spać. Była jakaś pierwsza w nocy, myślałam, że po jako takiej dawce alkoholu spokojnie zasnę. Nic z tych rzeczy. Jednak gdy po łóżkowych skrętoskłonach Morfeusz postanowił wziąć mnie w swe objęcia, zaległam w pozycji z jedną nogą pod kołdrą, drugą na kołdrze. Jakby jakiś potwór chciał mi odgryźć stopę, to tylko tę z wierzchu. Szczęśliwi czasu nie liczą, a gdy śpię, to jestem szczęśliwa… ale tak sobie myślę, że spałam może circa trzydzieści minut. W głuchej ciszy nocy coś zadudniło w szybę balkonowego okna, jak mniemam. Trochę się zaniepokoiłam, że to jednak ten potwór po moją leżącą na wierzchu stopę. Więc postanowiłam leżeć z jednym okiem szeroko otwartym, żeby obserwować intruza. Domyślałam się, że jest względnie mały i na pewno szybko go rozbroję. Ale gdy usłyszałam specyficzny, niebezpiecznie tajemniczy szelest i odgłos skakania po ścianach i wszelkich możliwych równościach i nierównościach, zakopałam się pod kołdrę. Tę wierzchnią stopę też schowałam pod fałdami materiału - profilaktycznie, a jakże. Przezorny zawsze ubezpieczony, a na drugą stopę mnie nie stać. Ale, jak się okazało, to rozwiązanie było zupełnie średnim pomysłem, bo po kilkunastu sekundach zaczęło mi brakować powietrza. Rozkopałam więc kołdrę i wynurzyłam głowę. I właśnie w tym momencie na poduszkę leżącą tuż przed moim nosem skoczył przerośnięty pasikonik, na widok którego zrzuciłam z siebie kołdrę, krzyknęłam, jak niejedna kobieta tej i każdej innej nocy, spadłam z łóżka i wzrokiem poszukałam wyjścia ewakuacyjnego. Spoconą ze strachu dłonią nie mogłam przekręcić klamki, ale jak już się udało, wypadłam z pokoju i, niczym przerażony swoim koszmarem trzyletni dzieciak, pobiegłam do… maminej sypialni. Niemalże z płaczem oznajmiłam, że w moim pokoju grasuje szarańcza i śpię dziś tu. Tu właśnie. Tak, Mamo, z Tobą. Rozczarował mnie pobłażliwy śmiech właścicielki sypialni, ale nic… przesunęła się na drugą połówkę łóżka i zrobiła mi miejsce.
Rano było znacznie gorzej, bo musiałam jednak wejść do mojego pokoju, żeby zbadać sytuację. Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało w porządku i po nocnym gościu ani dudu. Obejrzany każdy kąt pokoju, nic, null. Składam łóżko. I wyskakuje spod niego zielony siedmiocentymetrowy potwór.  Ponoć rozmiar nie ma znaczenia, ale krzyczałam jak… Później widziałam sąsiadów z fajkami na balkonie. No w każdym razie zatłukłam obrzydliwca klapkiem, pokazałam mu środkowy palec i przesłałam przez balkonową poręcz kondolencje, wraz z wirgającymi jeszcze zwłokami, zgrai jego kumpli, którzy najpewniej grasowali po pokojach moich sąsiadów.
Osiemnastka czy kolejna osiemnastka, liczba pierwsza czy złożona – zawsze zostaje coś z dziecka!
 

poniedziałek, 14 lipca 2014

Sezon ogórkowy

Po niemalże miesiącu nieobecności pomyślałam, że powinnam się usprawiedliwić. Chociaż odrobinę. Kiedyś to Rodzicielka pisała zwolnienia i usprawiedliwienia, teraz trzeba wziąć się w garść i samemu brać odpowiedzialność. Za wszelkie głupoty. Nawet za brak aktywności w internetach.
Bardzo proszę o usprawiedliwienie mojej nieobecności w dniach...
 
Chociaż z drugiej strony… Nie, nie czuję potrzeby usprawiedliwiania się za to, że nie pisałam. Z radością posprzątałam w pokoju i schowałam laptopa, którego sam widok wywoływał we mnie zwierzęcy instynkt i zaczynałam warczeć. W przypływie energii skosiłam trawę na podwórku. Obejrzałam większość mundialowych rozgrywek (Argentyno, smuteczek!). Kilka razy usnęłam nad książką, żeby obudzić się o 4 w nocy i stwierdzić, że żarówki energooszczędne to dobra opcja. Zahuśtałam huśtawkę, próbując stopą dotknąć żeglującego po niebie obłoku. I rwałam wiśnie w deszczu, aż nieprzemakalna kurtka zaczęła dawać znać, że metka trochę oszukuje i ta kurtka wcale nie jest taka nieprzemakalna. Zbierałam też jagody, by później polepić pierogi i pouśmiechać się na fioletowo...
Ciąg dalszy nastąpi.
Przeszłam na trochę inne obroty. I dzięki temu komputer też przestał się przegrzewać. Nieobecność usprawiedliwiona, kontynuuję sezon ogórkowy!