środa, 16 kwietnia 2014

Bywa, że przekupstwo popłaca

Zbliżają się Wielkie Dni, więc pomyślałam, że chociażby ze względu na to można porzucić codzienność i zająć się, no cóż, tak zwaną wiecznością. Enigmatyczne to słowo.
 
Wierzycie w coś? W kogoś? Mi się wydaje, że wierzę. Życie pozagrobowe to chyba nie jest błaha sprawa. I czasami trzeba się nad nim trochę zastanowić. Nieprawdaż? Bo jakoś dziwnie nie wierzyć w nic. Oprócz siebie, oczywiście. To takie nieodpowiedzialne. Z tobą koniec i dalej też nic? Próżnia? Pstryk! Znikasz, rozpływasz się, gryziesz ziemię, ale co z emocjami, co z intelektem? Nie wierzę, że tak po prostu umierają razem z ciałem. Coś musi być na pewno. Cokolwiek.
 
W końcu już starożytni wierzyli w coś, co zapewniłoby im życie po śmierci. Umarli przy pochówku byli wyposażani w ekwipunek. Jego częścią były monety. Przekupstwo w czystej postaci!
 
Zastanowiłeś się, jak ty przekupisz to, w co wierzysz, gdy już zamkniesz oczy na zawsze? Ja się zastanawiałam i doszłam do najprostszego wniosku. Wiara, w której zostałam wychowana (podobnie jak ponad 90% deklarujących się Polaków) opiera się na miłości i szacunku, które zawarte są w dekalogu. Na dwóch tablicach, których pochodzenie, jasne, jest objaśnione, ale jest też niezwykle tajemnicze. Może nawet metaforyczne! Ale na tym właśnie polega wiara. Przynajmniej tak mi się wydaje. To nie było odkrywcze, przyznajcie.  
 
Wracając – może trochę przewrotnie, ale myślę, że wyżej wymieniony dekalog jest ni mniej, ni więcej tym, co wcześniej nazwałam przekupstwem w czystej postaci. Starożytni mieli szczęśliwą monetę, a my, współcześni i jakże nowocześni, poszlibyśmy na golasa, bez niczego? Laptopa z dostępem do Internetu w żaden sposób nie przemycimy, ale te dwie, mentalnie wykute w nas tablice… jest szansa. To chyba nasz jedyny ekwipunek. I według niego będziemy rozliczani. Z miłości i szacunku do siebie i bliźniego. Po prostu z tego, czy byliśmy dobrymi ludźmi. Nawet jeśli nie wierzyliśmy w jakąś tam enigmatycznie brzmiącą wieczność…
 
Proste i trudne zarazem. A ponoć ludziom złe uczynki tak łatwo przychodzą. Bo przekupstwo to chyba zły uczynek?
 
Błogosławionej Paschy dla ponad 90% zdeklarowanych!

wtorek, 8 kwietnia 2014

Hoży doktorzy


Szczerze mówiąc... do pewnego czasu służba zdrowia obchodziła mnie tyle, co zeszłoroczny śnieg. Albo raczej to, co się po nim ostało. Ale człowiek się starzeje i zaczyna doceniać zdrowie. I o nie dbać. W miarę możliwości.
Nie dość, że czekałam cztery tygodnie na wizytę u chirurga, to jeszcze pod gabinetem musiałam posiedzieć, BAGATELA, godzinę piętnaście minut. [Zwróćcie szczególną uwagę na wyraz BAGATELA]. Ale zanim do sedna, to jeszcze wtrącenie. Zupełnym hitem były plastikowe zielone krzesła stojące na korytarzu. Rząd krzeseł połączonych ze sobą metalowym łańcuchem zatrzaśniętym kłódką. Wiecie, jak w barze mlecznym - miska na śrubkę, łyżka na skrzypiącym łańcuchu… Bareja w krystalicznej postaci.
Gdy już, po przekręceniu mojego nazwiska [pan Jasiński pilnie poszukiwany!] przez pielęgniarkę z nadwagą, weszłam do gabinetu i podałam sweet focie z USG kolana, chirurg stwierdził, że już od dawna nie jest "na ty" z ortopedią i załączony opis wygląda na streszczenie dzieła O obrotach sfer niebieskich lub inną papkę polaną naukowym sosem. Uraczył mnie zatem skierowaniem do ortopedy i na rehabilitację. Z żenadą na twarzy wyszłam z siebie i stanęłam obok, po czym w dwóch osobach wyszłam na szpitalny korytarz.
Dobra, teraz najlepsze. Zdeterminowana poszłam do „rejestracji” zapisać się na wizytę do ortopedy [o, naiwna kobieto!]. I teraz powróćcie do tego, jakże sugestywnego wyrazu  BAGATELA. Jest początek kwietnia 2014 [słownie: dwa tysiące czternastego] i na ten rok nie ma już zapisów do specjalisty ortopedy. Pielęgniarka, czy kimkolwiek była ta pani, powiedziała to z takim wyrazem twarzy, jakby to, że już nie ma miejsc, było jakąś cholerną oczywistością… Myślałam, że na pożegnanie kopnie mnie w tyłek i pożyczy „Wesołych Świąt!”.
No nic, chory kraj. W ramach pocieszenie kupiłam sobie szorty na rower… zapomniałam, że na lato też jeszcze muszę poczekać. Szlag by to wszystko.

 

wtorek, 1 kwietnia 2014

Jaglińskiej wyścig z czasem

Myślałam, że to koniec. Na dziesiątą rano miałam być w Warszawie, ale miński autobus postanowił zrobić wszystkim pasażerom primaaprilisowy psikus i rozkraczył się zaraz po tym, jak zdążyłam do niego wsiąść. Przypadek? To drugi raz w ciągu trzech tygodni, więc nie sądzę.
 
Oczywiście zaczęłam naprędce szykować sobie retoryczną mowę usprawiedliwiającą. Następny autobus za jakieś dwadzieścia minut… A ja nie po to kupowałam bilet miesięczny, żeby wydawać studenckie miliardy monet na jednorazowy do stolicy.
 
Koleżanka od dawna namawia mnie na wyprawę autostopową. Cóż, kiedyś musi być ten pierwszy raz – z koleżanką czy bez. Ku zaskoczeniu moich byłych współpasażerów stanęłam na krawędzi chodnika i zaczęłam… autostopować. Tak zwany akt desperacji.
 
Było niespełna dwadzieścia pięć minut do dziesiątej. Zwątpiłam, gdy olał mnie piąty, dziesiąty, pięćdziesiąty kierowca. Pan z ciężarówki przynajmniej mi odmachał. Uroczy gest! Kiedy na twarzach osób stojących obok zaczęły pojawiać się kpiące miny, poczułam się lekko zażenowana. Weź się, idiotko, przecież nikt się nie zatrzyma. I miałam już dać za wygraną, i wydać tę dychę na jednorazowy do stolicy, gdy przy ostatnim machnięciu ręką zatrzymał się on! Czarny, wypolerowany po zimowej wegetacji motocykl.
 
Najpierw zauważyłam przyjemnie mruczący dwuślad, a dopiero później jego właściciela. Wtedy to ja zaczęłam mruczeć. Motocyklista zdjął kask…  Zawsze wiedziałam, że mężczyźni lubiący wysoki poziom adrenaliny to wspaniali mężczyźni. Szczególnie motocykliści. Trzydniowy zarost, ciemne zmierzwione włosy, szarmanckie spojrzenie i dziarka tajemniczo wyłaniająca się zza skórzanej kurtki.
 
- Dokąd podrzucić?
- Do Warszawy, na Gocław.
- To po drodze. Masz szczęście, że wziąłem drugi kask. Jechałaś już kiedyś?
- Nie, nie w takich okolicznościach.
- To trzymaj się mocno.
 
Oczywiście, masz ciało Adonisa – nie musisz mnie do tego zachęcać. Motocykl zawarczał. Ja posłałam moim byłym współpasażerom słodkiego buziaka i odjechałam z nieznajomym facetem. Podejrzewam, że ci, którzy nie wierzyli w skuteczność mojego autostopowego szczęścia, jeszcze zbierają szczęki z chodnika…
Na Gocławiu byłam na czas. Okazało się, że właściciel motocykla jechał do pracy. Jest barmanem w pubie i chętnie umówi się ze mną, żeby zaprezentować swoje zdolności. Manualne.
 

niedziela, 30 marca 2014

Istota przyimków nie tylko w analizie składniowej zdania

Przez tę wiosnę przestaję myśleć. Albo inaczej – przychodzi mi to z wielkim trudem. Jest tyle pokus, które skutecznie odciągają od tej teoretycznie ludzkiej cechy. Postanowiłam więc patrzeć. Popatrzeć.
 
Siadłam na wprost niej. Było wolne, więc siadłam. Tak naprawdę dopiero później ją zauważyłam. Wypchany wiedzą plecak uczennicy podstawówki. No i sama uczennica. Dziwnie uciekająca wzrokiem w stronę widoków mknących za tramwajową szybą.  
 
Pomyślałam (ach, jednak pomyślałam), że jest płochliwa, nieśmiała, dlatego unika kontaktu wzrokowego. Ale nie. Ona po prostu się wstydziła. Siedziała nieruchomo, jakby chciała, żeby jej w ogóle nie zauważono. MNIE TU NIE MA. NIE PATRZCIE NA MNIE. 
Miała przerażającą wysypkę na skórze. Twarz, szyja i ręce w alergicznie purpurowe kropki. Zrobiło mi się jej żal, ale nie chciałam jej współczuć. Przestałam na nią spoglądać. Dopięła swego, traktowałam ją jak powietrze. DOBRA, NIE MA CIĘ. Nie chciałam jej robić jeszcze większej przykrości. Jednak korciło mnie, żeby ją zaczepić. Powiedzieć, żeby się uśmiechnęła. Ale ludzie są różni. Sama nie lubię, gdy ktoś się nade mną użala i niesie tak zwaną ulgę. To krępujące. Wolę pomilczeć i pogapić się tępym wzrokiem w bliżej nieokreśloną przestrzeń. Najlepiej w samotności, żeby nikogo nie angażować. Bo i po co? Najlepiej jak to, co gnębi przegryzie się samo, uleży. I żyje się dalej.
 
Wychodząc z tramwaju spojrzałam nie NA nią, ale W jej oczy. Dokładnie pamiętam kolor tęczówki. Zieleń z domieszką bursztynu. Puściłam jej oko. Wtedy się uśmiechnęła.
 
Głupio tak patrzeć NA ludzi. Lepiej popatrzeć W nich. Czyli taka hmm… utylitarność przyimków w życiu codziennym, którą zdecydowanie polecam. Z doraźnej analizy… Nie, analiza to termin zbyt naukowy, a przecież chodzi o niezbadaną prozę życia. Z doraźnej interpretacji oczu można naprawdę dużo wyczytać. I wcale niepotrzebne mędrca szkiełko i oko, żeby postawić diagnozę. Chociaż przy interpretacji chyba jednak wysnuwa się wniosek…
 
 

sobota, 22 marca 2014

Spotted: Metro

Spodobali się sobie. Zdecydowanie. Spojrzenia się spotkały i stało się. Bez dwóch zdań – to było to coś, co przyprawia o przyjemne skurcze brzucha. Kibicowałam im! Podświadomie dopingowałam. Mówiłam w myślach: No dalej, dajesz! Odezwij się do niej! Głowy nie urwie, a może doczepi Ci skrzydła! Ruchy!
 
Najpierw zerkali, niby przypadkiem rzucali okiem. Później bardziej powłóczyście, z zatrzymaniem, chwilą zastanowienia. Następnie się uśmiechali, przygryzali wargi… Ostatecznie, wciąż wydymając usta, spuszczali oczy i odwracali wzrok z tłumionym śmiechem dziwnej radości.
 
A ja przerzucałam wzrok z jednego na drugie. I tak oni patrzyli na siebie, ja patrzyłam na nich, inni patrzyli się w szyby i na patrzeniu się skończyło. Wiedziałam, że tak się skończy. Nie musiałam patrzeć. Zawsze się tak kończy.
 
Drzwi się rozsunęły. Ona wyszła, on został. I patrzył. Pomyślałam: Głupi.
 
Wsiadłaś na Placu Wilsona. Miałaś na sobie granatowy płaszcz, jeansy i czarne baleriny. Na głowie burzę kasztanowych włosów. Czytałaś. Zauważyłaś, że się na Ciebie patrzę, wtedy schowałaś książkę do czarnej torby i też zaczęłaś na mnie zerkać… Wysiadłaś na Polu Mokotowskim. Chętnie bym Cię znowu zobaczył, chłopak w… [i tu przypomina, w co był ubrany]. Kliknij lajka albo napisz coś w komentarzu.
 
Zapamiętał jedną setną wyposażenia jej szafy – szok, co? Ale się musiał na nią patrzeć! Niczym to cielę na malowane wrota. Cielę w związku frazeologicznym i w życiu. Musiał się patrzeć, bo nie łaska werbalnie zaprosić na kawę/herbatę/spacer etc., tylko trzeba sprytnymi palcami wystukać na klawiaturze, że chętnie bym… A może ona żyje społecznie, ale zupełnie poza wirtualnym światem? O cholera, o tym nie pomyślałeś, hm?
 
Ponoć nieużywany narząd zanika. Nie ponoć. To prawda. Smutna w dodatku. Coraz rzadziej rozmawiamy, dlatego po prostu czasami brakuje nam języka w kolokwialnej gębie. I chociaż Internet stał się oknem na świat, to przy okazji zamknął nas w egzystencjalnej, mocno ograniczonej klatce. A jak wiadomo klatka nie ma okien… Więc ten cały postęp techniczny to trochę naciągane osiągnięcie ludzkości. Bo co z tego, że mamy łatwiejszy dostęp do informacji, skoro nie potrafimy się nimi wymieniać po ludzku? Czyli w kontakcie rzeczywistym, bezpośrednim. Trochę jakby odebrano nam to, co w nas najlepsze… Jakiś pierwiastek człowieczeństwa. Bo rozmowa to chyba cecha dystynktywna ludzi… Chociaż zwierzęta też się jakoś komunikują i wcale nie potrzebują okna na świat!
 
Jestem ostatnią osobą, która powinna się nad tym zastanawiać, bo postęp techniczny pochłoną mnie w takim samym stopniu, jak chłopaka, który chętnie by… Ale przyznajcie – coś w tym jest. Rozmawiamy zdecydowanie mniej, boimy się tego. Nie uprawiamy należycie tej dyscypliny interpersonalnej. Nie chodzi, rzecz jasna, o pogaduszki pogodowe…  Chociaż może i takie pogaduszki to dobry pretekst, żeby po prostu otworzyć buzię i użyć aparatu mowy.
 
Jakiś czas temu jechałam z koleżanką metrem. Zagadałyśmy się. A może jednak zapatrzyłyśmy… Umknęło nam, jaka teraz będzie stacja. Zaczęłyśmy się głośno nad tym zastanawiać. I stało się! Jakiś chłopak stojący obok WYARTYKUŁOWAŁ, że Ratusz Arsenał. Proste? Proste. Podziękowałyśmy. NA GŁOS. Chociaż może powinnyśmy inaczej…
 
Dwie dziewczyny, które zagadały się i nie zwróciły uwagi, jaka będzie następna stacja, dziękują chłopakowi ubranemu w… [i tu, w co był ubrany] za informację.
 
 

piątek, 14 marca 2014

Porachunki, rozrachunki

Zastanawialiście się kiedyś, ilu ludzi codziennie schodzi z tego świata? Statystyki mówią o ponad 150 tysiącach dziennie. Codziennie. Jest to jakaś zupełnie abstrakcyjna liczba... Dopiero gdy sami stajemy w obliczu śmierci bliskiej osoby, to 150 tysięcy przekształca się w realną, naturalną, wyobrażalną liczbę – JEDEN. STO PIĘĆDZIESIĄT TYSIĘCY sprowadza się do JEDYNKI.
 
Ostatnio za dużo słyszałam o śmierci. I to wcale nie przez to, że na kozetce u chirurga z przymrużeniem oka śmiałam się, że boli mnie to, tamto i owamto. W końcu 22, prawie 23 lata, więc ma prawo skrzypieć, pstrykać, przeskakiwać. I w ogóle najlepiej kłaść się i umierać. Rechotaliśmy z panem w białym wykrochmalonym kitlu w najlepsze, ale to był gorzki śmiech… Tak naprawdę po prostu okazało się, że z życiem jest krucho i nieprzewidywalnie. I właśnie dlatego należy się dużo śmiać.
 
Na szczęście przydarzyło mi się być na niewielu pogrzebach. Ale na każdym z nich zastanawiałam się, co ci ludzie po sobie zostawili. Wiecie, taki paragon, ile to życie kosztowało. Kredyt, który już za życia był gwoździem do trumny… Niepodzielony spadek, który być może poróżni rodzeństwo… Dzieci, które nie będą pamiętać… A poza tym smutek, może rozgoryczenie, jakieś wspomnienia. Nostalgiczne drobiazgi. Słowa, które już nie zostaną wypowiedziane, bo usta zasypała garstka popiołu.
 
Pamiętam, jak umarła moja Babcia. Poproszono mnie wtedy o napisanie mowy pożegnalnej. Na początku wyśmiałam pomysł. No bo jak można napisać wszystko to, co chciałoby się z siebie wyrzucić w takim momencie? Później pomyślałam, że to poniekąd ostatnia okazja, może jeszcze usłyszy. Pisałam i płakałam. Napisałam najprościej, jak potrafiłam. Bez frazesów, pompatycznych grzeczności. Ciepło, od serca. Okazało się, że to, co wydawało mi się banalne, dosłownie kilkanaście zdań pożegnania, było nie do odczytania dla mojej Siostry, która stała nad trumną Babci. Słowa grzęzły w gardle. Nigdy więcej nie napiszę czegoś podobnego. Nie skażę na takie męki osoby, która miałaby coś takiego odczytać. Poza tym… to zbyt formalne pożegnanie. Nie dla tych, który wierzą w jakiekolwiek życie pozagrobowe. Nie dla tych, którzy wierzą, że śmierć dla się przekupić. Jasne, że się da. Mamy na to czas od narodzin aż do tej feralnej cezury.
 
W najgorszym położeniu są zawsze dzieci. Wiem z autopsji. Miałam 4 lata. Po Tacie zostało mi kilkanaście zdjęć, Król Lew na VHS i kasa napływająca do momentu, gdy skończę studia. I jeszcze jedno, najstraszniejsze. Mglisty sen, w którym Tata woła mnie, żebym przyszła do niego. Noc. Przerażająca wilgoć cmentarza. A on woła mnie, żebym do niego przyszła. Poszłam. Później Mamie dokładnie opowiedziałam, gdzie jest jego grób. Pamiętam tylko, że zbladła. Zabrała mnie potem w to miejsce. Dokładnie to. To samo. Wtedy też powiedziała mi, że Tata już nie wróci. I że bardzo mnie kochał.
 
Mam nadzieję, że kiedyś się spotkamy. Albo raczej poznamy. Rozpoznamy. Gdzieś tam, gdzie będzie można dopowiedzieć to, czego nie zdążyliśmy powiedzieć tutaj. Bo chyba to GDZIEŚ istnieje, prawda?
 
 

sobota, 8 marca 2014

3 w 1, czyli ÓSMY DZIEŃ MARCA

Każde święto ma za sobą jakąś historię. Coś, dla czego warto je obchodzić. Zaczęło się od Ewy… Pierwsza emancypantka, która postanowiła sama stanowić o sobie. Brawo! Później były kolejne, które powoli uświadamiały sobie własną niezależność, prawo do samostanowienia i wyboru. To chyba pozytywizm, a może i wcześniej. Emancypacja dążyła w kierunku feminizmu… A nie tak wiele dekad temu socjalizm i robotnicze ruchy kobiet znowu zaczęły natarczywie upominać się o swoje. Ciągła walka, przepychanka z facetami i chęć udowodnienia, że parytety nam, kobietom, się należą bez dwóch zdań. A i w kopalni węgla pracować możemy – bagatela! No i wywalczyły (one, bo ja w tym nie brałam udziału, przyszłam na gotowe). Wywalczyły ÓSMY DZIEŃ MARCA. Czasami ręką, czasami nogą, czasami tym, co niegdysiejsze obrazy filuterny listek zakrywał. A nade wszystko rozumem i argumentami, które mówiły same za siebie, że im (nam) też się należy. A zatem święto z historią, ukoronowane peerelowskim goździkiem, jak się patrzy.
Ale sam fakt, że ÓSMY DZIEŃ MARCA widnieje w kalendarzu z dopiskiem MIĘDZYNARODOWY DZIEŃ KOBIET, jeszcze nic nie znaczy. Jest i co? Nie o dopisek walczyły emancypantki, czyli kobiety, które chciały znaczyć więcej niż to, że są.
DZIEŃ KWIATKA
Mężczyźni! Cudownie wyglądacie z bukietami kwiatów! Bosko, wspaniale! Kupujcie je codziennie, bo są niezwykle twarzowe. Dodają Wam uroku. Serio. Do tego szarmancki uśmiech i och…
Dzień dobry, chciałem kwiatek dla żony. Jaki? No nie wiem, taki, żeby się żonie spodobał. A nie wie Pan, jakie żona lubi kwiaty? Nie wiem, ma ich tyle… O, może niech ten egzotyczny Phalaenopsis będzie. Ten pstrokaty, niech wie, że na koniec świata po niego poleciałem.
Koniec świata od dziś jest na rogu ulicy, na której się pobudowałeś lub kupiłeś dom jakieś dwadzieścia lat temu. Między innymi o dobre prosperowanie kwiaciarni walczyły emancypantki.
DZIEŃ BEZWZGLĘDNEGO PODDAŃSTWA
Kobiecie w ogóle się nie powinno odmawiać. To chyba jasne. Szczególnie dzisiaj. ÓSMEGO DNIA MARCA.
Dzień dobry, poproszę dwa jajka. I parówki.
Słodki Jezu, żona (tak przypuszczam) wysłała męża do sklepu. Zrobiła mu obrzydliwy żart, prosząc, aby kupił DWA jajka i parówki. Na miejscu tego biednego mężczyzny, który zarumienił się po same uszy, poprosiłabym już o trzy, nawet cztery, jajka. Może wtedy ominęłoby go brutalne pytanie ekspedientki, która bez skrupułów zapytała, czy jedną parówkę. Do tych jajek. Myślałam, że to ja jestem perwersem, ale kobieta zawstydziła wszystkich klientów. Ale gratulacje dla męża, że udźwignął ciężar, który złożyła na jego barki żona. To prawdziwe oddanie!
Kochanie, jak Ci się podoba ta bluzka? Chyba nieźle wyglądam, co? Tak, Kotku, doskonale. To idziemy do kasy…
Mężczyzna wiedział, że dzisiaj płaci. Za wszystko. Portfel był na podorędziu. O posłuszeństwo i savoir-vivre mężczyzn względem kobiet też walczyły niegdysiejsze emancypantki.
DZIEŃ  SAMOWYSTARCZALNOŚCI
Wszystko sama, sama, sama. I wyłącznie dla siebie.
Poproszę dziesięć fioletowych tulipanów. A to nie mąż powinien Pani te tulipany do domu przynieść? A co, myśli Pani, że ja chłopa potrzebuję, żeby mi kwiaty kupował? To już sama sobie nie mogę dogodzić? Przecież dzisiaj nasze święto… Zamiast tulipanów niech lepiej pensję przyniesie.
Dokładnie, w końcu kobieta to najpewniejsza lokata na świecie.
Ooo, Tereniu, widzę, że masz nową fryzurę. I kolor! Pewnie dla Zbyszka, co? Taa, dla Zbyszka. Sobie się mam podobać, a nie… jemu to się miałam podobać trzydzieści lat temu, a jak teraz nie może patrzeć, to niech idzie do młodszej. Ciekawe, która by go chciała…
Zapewniam Panią, że niejedna. Bo deficyt jest i samców brakuje. I chyba, trochę nieświadomie, o to też walczyły emancypantki. Żeby samców było po prostu mniej w każdej dziedzinie życia. Nie przewidziały tylko, że za jakiś czas nie będą miały z kim się rozmnażać.
*
Życzenia były. Tulipany są. Odbicie w lustrze mówi mi, że nienagannie wyglądam.  
Cholera, nie ma jajek.
Panowie, w Dniu Kobiet trzymam za Was kciuki. Jesteście jak te dinozaury. Wielkie, dzikie, drapieżne, łaknące pierwszej krwi, trochę nieporadne okazy na skraju wyginięcia. Wszystko przez te niegdysiejsze emancypantki.